poniedziałek, 24 lutego 2014

Od Doctor 'a

Doctor uderzył pięścią w świecącą setkami kolorowych przycisków konsolę. Urządzenie zamruczało cicho na znak sprzeciwu, ale mężczyzna nie zwracał uwagi na jego oburzone brzęczenie. Naprawdę trudno było mu się do tego przyznać, ale nienawidził tych chwil. Nienawidził z całego serca.
Mimo to wiedział, że ten moment musiał w końcu nadejść. I można powiedzieć, że w jakiś sposób był na to przygotowany. Wciąż go to bolało, to prawda, ale miał świadomość, że nie mógł tego uniknąć. Ten dzień musiał nadejść, i był nieuniknionym czas, kiedy Amelia Pond i jej luby, zwany przez Doctora Rzymianinem Rory'm, zdecydowali się go opuścić. A on nie miał prawa ich zatrzymywać.
Teraz tkwił samotnie we wnętrzu TARDIS, nie mając pojęcia dokąd udać się tym razem. W zamyśleniu przesunął dłonią po jednej z wajch. Po raz pierwszy w życiu był tak niezdecydowany. Gdzie jest cel jego dzisiejszej podróży? Jaki czas jest mu dziś przeznaczony?
-Niech się dzieje wola Nieba - westchnął po kilku minutach bezcelowego wysilania umysłu. - Prowadź, TARDIS.

***

Doctor zebrał się z podłogi, odrzucając znad oczu brązową grzywkę. Otrzepał swoją równie brązową marynarkę, poprawił muchę pod szyją i rozejrzał się. TARDIS wyglądała na całą i zdrową, ale mężczyzna wyraźnie wyczuwał, że coś jest nie tak. Jego "wehikuł czasu" czasem miewał dziwne humory, ale nigdy aż takie. Dużo czasu minęło odkąd Doctor po raz ostatni znalazł się na podłodze podczas podróży.
Mimo wszystko postanowił zająć się tym później.
-No, zobaczmy, gdzie wylądowaliśmy! - zawołał, przyklaskując, i przyskoczył do drzwi. Uchylił je ostrożnie i nieśmiało wyjrzał ze środka.
Na zewnątrz, jak zawsze tuż po lądowaniu, unosiły się kłęby białego dymu. Doctor wyszedł z TARDIS, rozganiając go dłonią.
Nie uszedł jednak pięciu kroków, kiedy gdzieś po jego prawej stronie odezwał się głos:
-Co tu się... Kim jesteś?!
Doctor odskoczył jak oparzony od czworonożnej istoty stojącej jakiś metr od niego, lądując na jednej nodze i przyciągając zaciśnięte w pięści dłonie do piersi. Musiał wyglądać przekomicznie, zastygły w takiej pozie, z szeroko otwartymi oczami i potarganą kasztanową czupryną, bo stworzenie parsknęło śmiechem.

<Czworonożne stworzenie proszone na salę operacyjną >

niedziela, 23 lutego 2014

Od Lokiego


Loki łupnął o ziemię z taką siłą, że aż zakręciło mu się w głowie. Przez chwilę po prostu leżał, próbując złapać oddech i przeklinając w duchu ten cholerny anielski pośpiech. Po kilku minutach zebrał się z ziemi i stanął na nogi. Zajęczał z bólu.
- Cholerne anioły - mruknął, pocierając dłonią obolały tył głowy. - Mówiłem, ostrożnie, ale nie, najlepiej zrzucić mnie z wysokości trzydziestu metrów, lecąc dwieście na godzinę... Za następną taką podróż należy mi się piórko, Michale! - krzyknął gdzieś w stronę chmur, a potem usiadł z powrotem na trawie z głośnym PAC, wciąż pocierając bolące miejsce.
- Jak nic będę miał guza - mruknął znowu. Lubił narzekać, choć na ogół nie miał na co się skarżyć. - A to miał być urlop! Cholerna anielska hierarchia... Do czego to doszło! Nie dość, że Sygin nie żyje, to jeszcze zaczynam wakacje z obolałym łbem... Niech ci się pióra ubrudzą, Gabrielu... Jak cię tylko dopadnę...
 
Nagle za nim rozległo się głuche warczenie. Obrócił głowę z miną w stylu "jeszcze czego?!". Na jego obliczu rozkwitł niebezpieczny uśmiech.
<Ktoooooś skończy? >

Od Amber - Cd Berra

W nocy , zwiedzałam tereny , myślałam jak je nazwać , usłyszałam odgłosy ludzi , przestraszyłam się , no przecież , po kilku minutach wpadłam na to że mogę też być człowiekiem .
Nie zwlekając na nic zamieniłam się w człowieka , zbliżałam , się do celu , słyszałam ich coraz bardziej ,
aż nagle ucichło ...
Poszli sobie ? Zadawałam sobie to pytanie , ale jednak słyszałam odgłosy ciężkiego oddychania ,
czułam krew , odwróciłam się i nasłuchiwałam .
" Tak , tu musi ktoś być "
I miałam racje , to był on , Noite Berro  , słyszałam o nim wiele rzeczy .
Zapytałam się go .
- Mój drogi chcesz  dołączyć d Krainy Zwierząt ?
Szeptałam  nie słyszałam tych ludzi , ale obawiałam się że są blisko.
- Oczywiście , jak najdalej od nich .
Odpowiedział Berro .
Gd sobie spacerowaliśmy ,  pod koniec zapytałam się go.
- Co to byli za ludzie ? 

                                       <  Berro ? >  

Od Berro

Biegł ile sił pozostało mu w łapach. Jednak dobrze wiedział, że daleko im nie ucieknie. Miał pokaleczone skrzydła, a do zakrwawionych łap nadal przytwierdzone były kajdany. Był brudny i skrajnie zmęczony, ale musiał im uciec. 
- Za nic nie wrócę do tej niewoli –myślał sobie przeskakując niewielki rów. Niestety przeliczył swoje siły i upadł u błoto po drugiej stronie. 
Gdy się odwrócił do jego uszu doszły odgłosy pogoni… byli już blisko. Niemal widział odblask ich pochodni. Na jego szczęście zbliżał się zmrok. Noc była jego atutem, jego siłą.
Był cieniem więc mógł się w nich kryć, ale te pochodnie z łatwością mogą go zdradzić. Musiał poszukać jakiejś kryjówki gdyż o walce nie było mowy. Nie zwlekając dłużej pognał przed siebie w stronę gęstniejącego lasu. Irytowało go podzwanianie kajdan, zaczepiały one nieustannie o gałęzie i krzaki dodając mu jeszcze bólu. Po chwili ponownie się przewrócił gdy końcówka jednego z nich utknęła między kamieniami. Z narastającym przerażeniem odwrócił się szukając śladów swych prześladowców. Na razie panowała jednak cisza i ciemność. Tak… ciemności i cienie, jego żywioł. Pospieszne zlustrował otoczenie i jego uwagę przyciągnęła niewielka szczelina między kamieniami porośnięta zaroślami. 
- Idealnie – pomyślał lekko się uśmiechając. Czym prędzej dał nurka do kryjówki zacierając za sobą ślady. W momencie gdy jego puchaty ogon zniknął w jej cieniu doszły go odgłosy pogoni. Łowcy byli wściekli że im uciekł, w końcu był niezwykłym wilkiem, idealnym do walk i polowań. W planach mieli oswojenie go… cóż, kiepski to był pomysł ale oni o tym nie wiedzieli. Po kilku minutach bezowocnego kręcenia się w okolicy pognali dalej przed siebie. Zmęczony wszystkim wilk zapadł w sen którego nie mógł już dłużej powstrzymywać. 
-Może następny dzień będzie dla niego początkiem nowego życia… i wolności.

< Ktoś podchwyci?>