Doctor uderzył pięścią w świecącą setkami kolorowych
przycisków konsolę. Urządzenie zamruczało cicho na znak sprzeciwu, ale
mężczyzna nie zwracał uwagi na jego oburzone brzęczenie. Naprawdę trudno było
mu się do tego przyznać, ale nienawidził tych chwil. Nienawidził z całego
serca.
Mimo to wiedział, że ten moment musiał w końcu nadejść. I można powiedzieć, że w jakiś sposób był na to przygotowany. Wciąż go to bolało, to prawda, ale miał świadomość, że nie mógł tego uniknąć. Ten dzień musiał nadejść, i był nieuniknionym czas, kiedy Amelia Pond i jej luby, zwany przez Doctora Rzymianinem Rory'm, zdecydowali się go opuścić. A on nie miał prawa ich zatrzymywać.
Teraz tkwił samotnie we wnętrzu TARDIS, nie mając pojęcia dokąd udać się tym razem. W zamyśleniu przesunął dłonią po jednej z wajch. Po raz pierwszy w życiu był tak niezdecydowany. Gdzie jest cel jego dzisiejszej podróży? Jaki czas jest mu dziś przeznaczony?
-Niech się dzieje wola Nieba - westchnął po kilku minutach bezcelowego wysilania umysłu. - Prowadź, TARDIS.
***
Doctor zebrał się z podłogi, odrzucając znad oczu brązową grzywkę. Otrzepał swoją równie brązową marynarkę, poprawił muchę pod szyją i rozejrzał się. TARDIS wyglądała na całą i zdrową, ale mężczyzna wyraźnie wyczuwał, że coś jest nie tak. Jego "wehikuł czasu" czasem miewał dziwne humory, ale nigdy aż takie. Dużo czasu minęło odkąd Doctor po raz ostatni znalazł się na podłodze podczas podróży.
Mimo wszystko postanowił zająć się tym później.
-No, zobaczmy, gdzie wylądowaliśmy! - zawołał, przyklaskując, i przyskoczył do drzwi. Uchylił je ostrożnie i nieśmiało wyjrzał ze środka.
Na zewnątrz, jak zawsze tuż po lądowaniu, unosiły się kłęby białego dymu. Doctor wyszedł z TARDIS, rozganiając go dłonią.
Nie uszedł jednak pięciu kroków, kiedy gdzieś po jego prawej stronie odezwał się głos:
-Co tu się... Kim jesteś?!
Doctor odskoczył jak oparzony od czworonożnej istoty stojącej jakiś metr od niego, lądując na jednej nodze i przyciągając zaciśnięte w pięści dłonie do piersi. Musiał wyglądać przekomicznie, zastygły w takiej pozie, z szeroko otwartymi oczami i potarganą kasztanową czupryną, bo stworzenie parsknęło śmiechem.
<Czworonożne stworzenie proszone na salę operacyjną >
Mimo to wiedział, że ten moment musiał w końcu nadejść. I można powiedzieć, że w jakiś sposób był na to przygotowany. Wciąż go to bolało, to prawda, ale miał świadomość, że nie mógł tego uniknąć. Ten dzień musiał nadejść, i był nieuniknionym czas, kiedy Amelia Pond i jej luby, zwany przez Doctora Rzymianinem Rory'm, zdecydowali się go opuścić. A on nie miał prawa ich zatrzymywać.
Teraz tkwił samotnie we wnętrzu TARDIS, nie mając pojęcia dokąd udać się tym razem. W zamyśleniu przesunął dłonią po jednej z wajch. Po raz pierwszy w życiu był tak niezdecydowany. Gdzie jest cel jego dzisiejszej podróży? Jaki czas jest mu dziś przeznaczony?
-Niech się dzieje wola Nieba - westchnął po kilku minutach bezcelowego wysilania umysłu. - Prowadź, TARDIS.
***
Doctor zebrał się z podłogi, odrzucając znad oczu brązową grzywkę. Otrzepał swoją równie brązową marynarkę, poprawił muchę pod szyją i rozejrzał się. TARDIS wyglądała na całą i zdrową, ale mężczyzna wyraźnie wyczuwał, że coś jest nie tak. Jego "wehikuł czasu" czasem miewał dziwne humory, ale nigdy aż takie. Dużo czasu minęło odkąd Doctor po raz ostatni znalazł się na podłodze podczas podróży.
Mimo wszystko postanowił zająć się tym później.
-No, zobaczmy, gdzie wylądowaliśmy! - zawołał, przyklaskując, i przyskoczył do drzwi. Uchylił je ostrożnie i nieśmiało wyjrzał ze środka.
Na zewnątrz, jak zawsze tuż po lądowaniu, unosiły się kłęby białego dymu. Doctor wyszedł z TARDIS, rozganiając go dłonią.
Nie uszedł jednak pięciu kroków, kiedy gdzieś po jego prawej stronie odezwał się głos:
-Co tu się... Kim jesteś?!
Doctor odskoczył jak oparzony od czworonożnej istoty stojącej jakiś metr od niego, lądując na jednej nodze i przyciągając zaciśnięte w pięści dłonie do piersi. Musiał wyglądać przekomicznie, zastygły w takiej pozie, z szeroko otwartymi oczami i potarganą kasztanową czupryną, bo stworzenie parsknęło śmiechem.
<Czworonożne stworzenie proszone na salę operacyjną >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz